Odwiedziliśmy Jordanów zimą. Biała pokrywa śniegu nienaruszona przed naszym wejściem, tworzyła niezapomniany nastrój, ale też przekonana byłam, że przykrywała wiele rzeczy. Dlatego starałam się dotrzeć tam ponownie. Zanim urośnie trawa i pokrzywy.
I znów cisza. Przedwieczorna. I samotne kamienie. Jednak widać ślady pracy człowieka. Posklejane macewy, któraś przykryta, by ochronić świeżą pracę. Przywołuje z pamięci Nike z Samotraki, której utrącono drugie skrzydło. Teren kaźni, teraz odgrodzony taśmą. Pod darnią ciągle jeszcze ślady macew ukrytych przed wzrokiem. Zrujnowane obmurowania pomników. Rządki wgłębień rozmieszczonych regularnie. Złote litery odnowionego nagrobka. Kamienie troskliwie ułożone na kilku macewach.
Przed murem śmieci rozwiewane z pojemnika. Rozjeżdżone błoto, przez które wracamy do samochodu. Nie ma nawet ścieżki od głównej drogi czy od parkingu przy stacji benzynowej. Choć cmentarz, gdy wie się o jego obecności, jest doskonale widoczny podczas jazdy asfaltem. Solidny mur opada wzdłuż zbocza pagórka chroniąc ciszę i spokój.
Jordanów jest dla mnie wyjątkowy. Nieopodal urodził się mój dziadek, wcześniej pradziadek. Niewiele wiem o tej gałęzi rodziny. Sześć imion: Józef, Jan, Helena, Regina, Stanisław, Marianna. Próbuję trafić na ich ścieżki. Czy któraś prowadzi tutaj?





















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz