Ten cmentarz wypatrzyłem na mapie przypadkiem. To, że jest akurat w tamtym miejscu, zaskoczyło mnie niepomiernie. Niecałe dwa kilometry, jakieś 10 minut piechotą od miejsca, gdzie spędzałem w dzieciństwie większość wakacji. A on przecież wtedy już był. Nie rozumiem dlaczego mi nikt nie powiedział, ba, nie wspomniał nawet w rozmowach. I jak my mogliśmy go nie znaleźć w naszych dziecięcych wyprawach? Więc teraz, przy okazji odwiedzin starych miejsc w Krośnie, postanowiłem go odkryć. Zawodzie, rondo, ulica na wprost wznosi się do góry, kolejne przecznice, wille, bo to stara dzielnica willowa. Nigdzie nie znalazłem najmniejszej nawet tabliczki, znaku, jakby nie istniał. A przecież jest. Wystarczy otworzyć ledwo co domkniętą bramę. Widok mnie zauroczył i nie spodziewałem się, że aż tak. Wysoka trawa, kwitnące polne kwiaty i zioła, lasek, ale też owocujące wysokie czereśniowe drzewa. I cisza oraz jakiś dziwny ale doskonale wyczuwalny spokój, który wypełnia to miejsce. Jakby zaproszenie do tego by usiąść i uczestniczyć w tym milczeniu. Gdzieś dalej jest miasto, ludzie ze swoimi sprawami, pośpiech, ale nie tutaj. Nie byłem jedynym gościem - wygnieciona trawa zdradzała, że ktoś tu bywa. Ja na pewno będę tam wracał przy każdej okazji, gdy tylko będę w Krośnie.
Ten spokój był jakiś inny niż inne spokoje. Może przez te trawy sięgające niemal pasa, może przez zmaganie się słońca i cienia rzucanego przez stare czereśnie. Albo przez to zastygnięcie macew, które zamarły pochylone trochę na przekór fizyce, jakby nie mogły się zdecydować i zalec ciężko na ziemi.














