Zaraz za bramą, na pustej, ogołoconej z macew połaci, składane są fragmenty nagrobków pracowicie wydłubywane z miejsc, do których zostały wyniesione. Kostka brukowa, utwardzenie gruntu pod studnią, stopnie, krawężniki... Kamienie z ulgą wracają, jakby oszołomione patrzą urywkami inskrypcji w niebo.
Piaszczyste łachy cmentarza, niegdyś gęstego od macew, porastają niemrawo sosny. Słucham opowieści o więźniu, który przyjeżdżał w ramach resocjalizacji porządkować cmentarz. Przyjeżdżał też później, już bez narzuconego obowiązku. Poczuł więź z miejscem, które go potrzebowało. Tyle czułej pracy w odbudowanym murku ohelu, posklejanych kamieniach nagrobków...
Jedna z macew nosi ślady kul, kilka innych naznaczone zostały farbą.
Przeglądam książkę katalogującą opisane na kamieniach życia. Tylu ludzi wydobywa to miejsce z zapomnienia. Nawet sosny dają cień tam, gdzie najgęściej kamienie jeszcze trwają.
Gdy zaglądam pomiędzy rachityczne młode sosenki na wschodnim krańcu domu grobów odnajduję między nimi jeszcze kilka kikutów obramowań i leżących obok połamanych tablic. Spoglądam w górę, na zachodni kraniec. Dojmująca pustka pomiędzy.
Wychodzę na piaszczystą drogę, w dalszą część sosnowego lasku. Droga do auta utwardzona jest potłuczonymi kamieniami. Z przyzwyczajenia przyglądam się im, ważę w myślach czy mogą być fragmentami cmentarnych płyt. Po godzinie spędzonej w domu grobów każdy kamień zaczyna przypominać fragment macewy. Spoglądam jeszcze w stronę zasłoniętego już przez gałęzie betonowego muru. Zawieszam wzrok na żółtych kwiatach forsycji. Przypominam sobie, że jest wiosna.








































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz